co podac?

sobota, 16 lipca 2011

to fix?


Nie spodziewałam się, że ostygnę tak szybko. Nawet nic nie pamiętam...znaczy, pamiętam wszystko, nawet to co wtedy czułam. Ale w związku z tym nie czuję zupełnie nic. Cud, że nie mogę wysłuchać muzyki z ostatnich maili. A przecież jestem laureatką plebiscytu potężnych mindfucków i emocjonalnych biegów katorżnika.
Jestem kurewsko zła, że tęsknię. Jak nie w dzień, to w śnie. Odrosły mi usta,hoduję głodne głodne ręce. Zapuściliśmy razem kilogramy ciała, które jest teraz w połowie bezludne. Modlę się, żeby kiedyś w końcu skrzepło i odpadło. Próbuję je nawet zagłodzić, na próżno.
Albo wypcham i powieszę na ścianie. Wyjdę z siebie i pójdę, bo też mam już dość.

wtorek, 8 marca 2011

czwartek, 24 lutego 2011



Walderstern

Rysując naszła mnie taka refleksja, że my też byśmy z pewnością spóźnili się do arki Noego.
Szkoda. Taka parada wspaniałości...
To znak, żeby coś zrobić z tym życiem.
Rysuję dalej...

środa, 23 lutego 2011

jako, że zarobki z reklam na blogu nie zapewnią mi dostatniego życia, postanowiłam wziąć się w garść i przysiąść do pracy ciężkiej i żmudnej oraz stawić czoła wszelkim kwitom i paniom w dziekanacie.
tak, muszę pogonić syf szkolny.
wszelkie ciepłe słowa (a potrzebuję ich naprawdę na kopy, litry i kilogramy) proszę kierować mailem lub smsem, całodobowo, jako, że z pewnością nie zasnę spokojnie.
no, to trzymajcie kciuki, a ja rozgrzewam ołówek!

wtorek, 22 lutego 2011

tęsknię do pomarańczowych włosów. jak były, to się mi dobrze działo.

piątek, 18 lutego 2011

rosołu.

Nie wygląda to jakoś wybornie. Ot szary walec na tekturowej rolce, nie ma się nad czym rozwodzić. Rozerwała folię, wyciągnęła, sru na ladę, 65 groszy i wypad.Ale pani ma to do siebie, że nie może przestać gadać.
Bo wie pani, była mola, ale sprzedałam. Został tylko ten, za 65 groszy, bo moli już nie ma. Znaczy tamten był taki jak mola, bielutki. Ale wie pani, te wybielacze, chemikalia, na to też trzeba uważać. A ten ekologiczny za 65 groszy taki klasyczny jest. To poproszę 65 groszy i jeszcze raz przepraszam, że moli już nie ma.
Mam nadzieję, że nie doczekam czasów, kiedy te wykręty z okolicznych sklepów zaczną mnie irytować zamiast bawić i notorycznie zadziwiać.

No i jestem chora. Od dwóch tygodni fundametem mojej diety jest katar (co na równi z grawitacją obarczam winą za utratę objętości w cyckach. Dupa, jako najzłośliwszy ogran jaki posiadam, ani drgnie oczywiście.), od tygodnia czas wolny spędzam pocąc się & co i rusz drżąc pod naporem szczytującego kaszlu. Przeczytałam już chyba cały internet, jeszcze tydzień choroby i mogłabym zacząć zgrywać go na dyskietki. Dookoła systematycznie podrasta instalacja ze smarków opakowanych w chusteczki, pośród których, jak słusznie zaobserwowano, brakuje tylko martwej mewy i kilku cukrówek. Ach, i tradycyjnie pasiaste julkowe skarpety popierdalają po podłodze dookoła łóżka. Z racji funkcjonowania o zróżnicowanych porach dnia zapoznałam się z rytmiką klatki schodowej, uodporniłam na upierdliwe dudnienie młotów z mieszkania pod moją sypialnią oraz zapragnęłam projektora multimedialnego bardziej niż kiedykolwiek.
Pani doktor, przepisała mi antybiotyk (który po głębszym researchu okazał się nie zachowywać brzydko w towarzystwie alkoholu, za co mam ochotę znów wrócić na koniec świata i ją ucałować) i poleciła wrócić do domu, jako, że tam się mną "zajmą na pewno lepiej niż w tym jakimśtam akademiku". (Jak ona śmie mówić tak o mojej czarnowłosej doktor Quinn?)
W tym momencie przed oczami mi staje obraz medykamentów mojej madre, serwowany przez tydzień pierwszy. To coś między naiwną medycyną ludową a szarlataństwem, w dodatku wszystko opisane mistyczną cyrylicą. Odpowiednia ilość kropelek z błękitnego wygiętego flakonika, odrobina kamfory, kotek-srotek na plasterku, co to upierdliwie zlepia się z wargą na amen i żeby go zerwać to serio trzeba klepnąć ze trzy zdrowaśki. Moja mama w ogóle lubuje się w rzeczach, co to się je dostaje za darmo od sąsiadki jakiejś baby i potem można zakisić w spirytusie, bo w działkowcu pisało, że to jest na coś dobre... gdybyście widzieli domowy specyfik na syfy, który straszy w mojej szafce w łazience! normalnie roswell!
Przypomniały mi się jeszcze metody mojej babci, która jako trzylatkę poiła mnie amolem na cukrze, smarowała amolem, potem smalcem a na koniec zawijała w folię. Nie pamiętam tylko na ile nastawiała piekarnik.
Kaszlu kaszlu, od tygodnia chodzi za mną rosół, ale perspektywa zaznania jest żadna.
No a teraz państwo wybaczą, ale idę zmyć maseczkę, jako że wybieram się dziś na silent party. Jak się nazywa w ludziach (a może babach tylko? ) ten idiotyzm, że ledwożywi wypełzają z łóżek i robią się na bóstwo, żeby trochę popatrzeć, pogadać i potem znowu umierać do rana ale tym razem nie na dolegliwości fizyczne?

wtorek, 18 stycznia 2011

Love responsa:

No to jestem ogniwem w blogowym łańcuszku. O sobie- trzy-dwa-jeden. Tego jeszcze nie mówiłam:
-mam w mieszkaniu meble i nie-meble ze śmietnika, albo zgarnięte za pozwoleniem ex-sąsiadów z klatki schodowej czy piwnicy, a większość moich ubrań to stare ciuchy moich przyjaciół;
-nie lubię się spóźniać, ale na ogół i tak jestem wszędzie długo po rozpoczęciu;
-osiągam mistrzostwo świata w kursie miłości korespondencyjnej;
-zanim cokolwiek kupię, muszę to obmacać;
-lubię gościć w moim domu znajomych i nieznajomych, a najbardziej lubię, jak sami sobie robią herbatę
-od "kocham cię" do "spierdalaj" mam bardzo krótką drogę, w konsekwencji nie mówię niczego, bo należałoby to skwitować jeszczcze kilkoma zwięzłymi zdaniami, które jednak wolałabym napisać niż powiedzieć, a to trochę chujówa;
-mam najlepszych subrezydentów na świecie;
-nigdy w życiu nie miałam klucza do domu rodziców;
-z racji tego, że chciałam pójść do szkoły wcześniej, musiałam przejść serię badań i gehennę w klasie dla przyjebów;
-kiedy jestem zła, mam ochotę zrobić sobie pełno kolczyków i tatuaży, gryzę się też w palce;
-wracając nocą przez przejście podziemne niemal zawsze śpiewam i tańczę;
-chętnie opowiadam swoje sny, inni niechętnie tego słuchają;
-lubię jeździć samochodem, byle szybko i bez mojej mamy;
-uwielbiam gotować dla przyjaciół, pod warunkiem, że nikt nie patrzy mi na ręce;
-uwielbiam alkohol, choć czesto pod jego wpływem zamieniam się w tornado;
-nie lubię, gdy ktoś zjada mi ser;
-kiedy wchodzę na oblodzony chodnik, staram się oszacować jak bardzo byłoby mi wstyd, gdybym musiała rozebrać się na pogotowiu;
-uskuteczniam wszelkie podgladactwo, sama też lubię być podglądana, lubię nagrywać obrazki ze skype czy chatroulette;
-nienawidzę rozmów przez telefon;
-nie potrafię określić swojej orientacji;
-nie płacę rachunków regularnie;
-mam w sypialni lustro ustawione pod kątem, żeby co rano było mi miło,że jestem ładna i chudsza niż w przedpokoju;
-nie umiem zabrać się za sprzątanie, kiedy nie słyszę muzyki;
-wychodzę z założenia, że należy mi się jedna soczysta pochwała lub płomienne wyznanie tygodniowo- bo tak;
-przez dwa miesiące wymieniłam z moim chłopakiem 405 maili. dlatego też ostanio prawie tu nie pisuję;
-regularnie podejmuję głodówki, z których ostatecznie gówno wychodzi (ale niechętnie i małe);
-jeśli ktoś zwraca się do mnie po imieniu, to automatycznie oczekuję srogiej reprymendy w dalszym ciągu jego wypowiedzi;
-zakochuję sie w ludziach mijanych na ulicy; zakochiwanie się w tych "prawdziwych" jednak jest wyczerpujące i pracochłonne;
-jeżeli piję drinka, to znaczy, że nie ja go kupowałam;
-jestem skąpa;
-wkurwiają mnie szafiarki;
-nie znoszę czerwonych róż;
-lubię oglądać swoje zdjęcia;
-keczup i majonez w czystej postaci uważam za obrzydliwe;
-nienawidzę, gdy coś, co kocham staje się popularne;
-lubię brzydkie miejsca;
-jestem w szoku, że Maciek nie dodał tutaj żadnego punktu, ale może nadrobi w komentarzu :)

a ja poproszę:
i Julka i Maćka, może zaczniecie prowadzić blogi, skoro i tak się zastanawialiście.